Trochę Off-roadu – czyli błotny bolid dla każdego
Trochę Off-roadu – czyli błotny bolid dla każdego

Ktoś kiedyś powiedział, że auto z napędem 4x4 staje się terenowym dopiero wtedy, gdy z podsufitki trzeba błoto szpachelką zrywać. Może to i prawda ale jest kilka rodzajów off-roadu. Jedni wydają dwa worki pieniędzy na samochód i kolejna dwa na jego przeróbki , inni wolą taplać się po klamki w błocie w własnoręcznie wyspawanej „zmocie”.  Osobiście preferuję szeroko pojętą turystykę off-roadową. Może dlatego, że bawią mnie podróże ale jakoś nie przepadam za kiszeniem się w hotelu. Z racji na głębokość mojego portfela wybór samochodu padł

na Land Rovera Discovery 300 TDi. Pędzidło jest tanie w zakupie i jeszcze tańsze w utrzymaniu a do jego doraźnej naprawy w terenie wystarczy średnio rozgarnięta osoba, przecinak i ciężki młotek. Auto jest bardzo proste w budowie i posiada mało elektroniki – całe dwa elementy : radio i CB radio. Wybór miał też bardziej logiczne podstawy – po prostu doskonale znam te samochody z pracy.

Jak się okazało już przy małym nakładzie finansowym można naprawdę fajnie pobawić się w błocie. Przekonałem się o tym na jednym ze zlotów „Land Rover Only”, na który pojechałem absolutnie nieprzygotowanym samochodem… Wtedy jeszcze nie miałem podniesionego zawieszenia, większych opon i innych wymyślnych przeróbek. Wszystkie przeszkody na odcinkach „rajdowych” przygotowanych przez organizatora pokonałem na szosowej oponie, fabrycznym zawieszeniu i ustawieniu silnika, skrzyni i innych podzespołów. Okazało się, że się da J i daje to ogromną frajdę. Na rynku wtórnym jest zatrzęsienie samochodów  które nie panikują na widok głębszej kałuży czy błota. Poza tym taniej zabawki z odzysku najzwyczajniej w świecie szkoda znacznie mniej niż nowego auta z salonu - przekonałem się o tym w terenie jak zakopany po uszy w błocie oparłem się bokiem swojego bolidu o drzewo i trzeba było mnie wyrywać na kinetyku żeby wyciągnąć mnie z tego dołka.

Ale jak to zwykle bywa apetyt rośnie w miarę jedzenia. W ten oto sposób auto zostało podniesione i naprawdę mocno przerobione (z oryginału został ogólny kształt karoserii i znaczek na masce). Poza tym w trakcie przebudowywania auta dużo rzeczy zrobiłem sam… Nawet stałem się domorosłym blacharzem i artystą-plastykiem. Oczywiście im bardziej zaawansowane przeróbki tym większe robią się pustki w domowej sakiewce dlatego też w pewnym momencie gdzieś w okresie przedświątecznym możecie usłyszeć rozmowę żony z waszymi dziećmi :

- Mamo … ale czemu nie będzie w tym roku Świętego Mikołaja ?
- bo Tata wydał ostatnie pieniądze na nowe amortyzatory …
… i zapadła taka niezręczna cisza… J

Jednak mimo że dzieci mogą mnie znienawidzić a żona przekląć Landek przestał być w domu tylko autem… stał się członkiem rodziny, który zbliża ludzi podczas wspólnych wielodniowych wypraw w nieznane.

Wszystkie przeróbki oczywiście robiłem po to by pędzidło więcej mogło i ku mojemu zadowoleniu tak właśnie jest i mam na to namacalny i miarodajny dowód : teraz ciągnik musi po mnie znacznie głębiej wjechać. Jednak jak wcześniej wspomniałem mając fabryczną zabawkę można się świetnie bawić, ba nawet nie trzeba mieć własnej zabawki… firmy eventowe wypożyczają swoje auta (które już są przygotowane) – instruktora jazdy 4x4 dostajemy w zestawie i uwierzcie mi … on jest znacznie bardziej rozgarnięty niż na to wygląda dzięki czemu wiele można się od niego nauczyć.